* Rock And Roll umarł. Rock jest martwy stary.

07.01.2006

Jest środek lata (gdzieś w latach 2001-2003). Mimo tego, że wczoraj był piękny słoneczny dzień, leje. Wieje wiatr. Nikogo z mieszkańców miasteczka położonego nad rzeką Pisą to nie dziwi. Może, dlatego, że kiedy ma tu być jakieś mniej lub bardziej ważne wydarzenie pogoda psuje się jakby nie zdawała sobie sprawy z pory roku, jaka właśnie panuje.
Dzień jak każdy. Wilgotne powietrze orzeźwia wciąż jeszcze nielicznych turystów.
Ludzie z parasolami idą spokojnie, do nikąd się nie spieszą. Poruszają się powoli do tego stopnia, że nie muszą się zatrzymywać, aby przeczytać przyklejone do słupa ogłoszenie "DZISIAJ NA SCENIE PISKIEGO AMFITEATRU ODBĘDZIE SIĘ KONCERT NASZEGO RODZIMEGO ZESPOŁU ROCKOWEGO, ZAPRASZAMY WSZYSTKICH LUBIĄCYCH DOBRĄ MUZYKĘ! NA GODZINĘ 18.30".
Akcja przenosi się do wyżej wymienionego miejsca. Niedawno odnowione ławki powoli zaczynają zapełniać się ludźmi. W większości są to matki z dziećmi, czasami obok nich siadają ich mężowie ze znudzonymi twarzami. Gdzieniegdzie widać grupki rozbawionych emerytów. Reszta to młodzież...
Widz siedzący na ławeczce ma przed sobą dosyć osobliwy krajobraz. Tuż za sceną znajduje się, bowiem jezdnia, po prawej stronie stoi szary budynek domu kultury, gdzie członkowie młodych zespołów przychodząc na próby mażą o tym (tak jak wszystkie, które się tam przewinęły), aby ich muzyka została zauważona i doceniona. Po lewej natomiast rozciąga się malowniczy park, którego środkiem płynie rzeka.
Jest godzinna 18.30 zespół zaczyna rozstawiać sprzęt i ustawiać nagłośnienie. Wokalista w porozciąganej koszulce i wygniecionych bojówkach bredzi do mikrofonu: "raz, dwa, trzy, halo halo, raz dwa trzy". No i zaczyna się "witajcie, będziemy dzisiaj dla was grali, mamy nadzieję, że wytrzymacie z nami tych kilka chwil, które nam dano".

Jako że publika nie jest zbyt liczna, a niektórzy nie zauważyli, że "już się zaczęło" rozlegają się pojedyncze brawa "zagramy teraz dla was utwór, który na pewno znacie". Rozlegają się pierwsze dźwięki, tlenione małolaty pod sceną piszczą i tańczą w sposób, który przywołuje na myśl czasy disco "zapraszamy wszystkich do zabawy, nie ma się czego wstydzić". Drugi utwór, trzeci, małolaty piszczą, czwarty-z boku jakiś chłopak z dłuższymi włosami w dzwonach, nieśmiało próbuje pogować, wygląda to komicznie, więc daje sobie spokój.
Pod sceną nie ma nikogo prócz wymienionych już tlenionych małolat. Kolejna piosenka "a teraz zagramy coś mocniejszego" - leniwa piosenka... i następna i jeszcze jedna. Nikt nie tańczy(tylko małolaty śmiesznie podrygują). Perkusista zapamiętale uderza w bębny, niesamowicie się przy tym ekscytując. Jakaś dziewczyna przechodzi obok mnie, na plecach niesie "kostkę", w której odbijające się o siebie butelki wydają charakterystyczny dźwięk. Idzie w stronę parku...

To już koniec "musimy się już z wami żegnać, dziękujemy bardzo i przepraszamy, że nie był to pop, hip hop..." itd. itp. I znowu odzywa się "burza" pojedynczych braw.
Jakiś nastolatek "z krokiem w kolanach" przechodząc mówi swemu koledze o beznadziejności i niesprawiedliwości tego świata. A ja stoję opierając się o murek, a ze słuchawek mojego disckmana słyszę beznamiętny głos Grabarza, który śpiewa: " Rock and roll umarł, rock jest martwy stary..."

Ps. Wracam do domu, zmieniam płytę na inną z napisem: Pink Floyd potem The White Stripes następnie Rolling Stones, Black Sabbath... I myślę jak dobrze jest mieć nadzieje, że gdzieś TAM jednak żyje...

 

Martyna Malnowska

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Odsłon artykułów:
458284