* Dreszcz Wieczorów Płytowych

2005.01.29

Przełom lat 90. Życie w Piskim Domu Kultury tętniło swoim pulsem. Na dole w Sali 7 miał spotkania klub SAT, uczestnicy mieli dostęp do jedynej w Piszu Telewizji Satelitarnej. W sali muzycznej grali przy zgaszonym świetle „wyjadacze”, tam też nie próbowałem pukać. W Sali plastycznej ludzie uczestniczący w zajęciach rysowali na poziomie europejskim, wiec tam też było ciężko się skupić. Obok w harcówce dzieci wymyślały sobie gry i zabawy tak zaawansowane, ze potem sen nie przychodził przez kilka dni do mojego łóżka. Brakowało mi jednak jakiegoś pierwiastka, który pasowałby mi w 100%. Wydarzenia, które poruszyłoby moja znudzona wyobraźnie. Taki dzień nastał. Wtedy to przeszył mnie dreszcz, którego do dziś zapomnieć nie mogę i pragnę się tym doświadczeniem podzielić.
Był to deszczowy dzień listopada. Na Placu Daszyńskiego nie było nikogo. Na tablicy ogłoszeń PDK dużymi literami, dającymi zauważyć się już spod kwiaciarni krzyczał plakat – „WIECZÓR PŁYTOWY”. Na korytarzach domu kultury panowała cisza, a w lekkim półmroku wyczuć można było tylko zapach tytoniu. Tu i ówdzie przemykały chude długowłose postacie, a sala 38, w której odbywał się ten tajemniczy wieczorek wypełniała się bardzo powoli. Na scenie pośrodku rozstawiony stał stół uginający się pod „czarnym sprzętem”. Po bokach olbrzymie „kolumny” podkreślały monumentalny wygląd czerwonej od świateł sceny.

Po jakimś czasie, gdy sala się wypełniła, zza kotary wyszedł młody człowiek z wąsem, przywitał się grzecznie i w kilku słowach opowiedział nam o celu spotkania. Nie usłyszałem treści jego wypowiedzi, bo zapatrzony w tak okazały "zlot" charakterystycznie wyglądającej młodzieży straciłem podzielność uwagi. Określenie „bardzo ciekawa publika” nie uznałbym jeszcze za trafny opis tego, co wtedy doświadczyłem. W oczach osób, które uczestniczyły w spotkaniu dało się wyczuć tą samą nutę fascynacji i ciekawości skierowanej w stronę sceny. Kiedy w końcu wyrwałem się ze szponów zamyślenia powoli wsączać się zaczął do mojego ucha tekst czytany przez niewidocznego prawie zza sprzętu człowieka. Była to biografia zespołu, którego walka z wytwórniami i niezliczone koncertowe podboje pootwierały usta słuchaczom. Padały daty, nazwiska i czasami pomruk z sali oznajmiał szacunek wydarzeniom z życia zespołu. W chwili, gdy chciałem zapytać siedzącego obok mnie, na czarno ubranego gościa, o jaki zespół chodzi, z głośników uderzyły mnie pierwsze akcenty nagrania. Zamarłem. Zamknęły się oczy i samoistnie ruszyła stopa naśladująca rytm utworu. Głośnik o mocy zdecydowanie większej niż mój domowy „Kasprzak” wbił mi nóż prosto w serce. Dreszcz, o którym pisałem wcześniej przechodził przez moje całe ciało, które uśpione wcześniejszymi wydarzeniami było niezmiernie zaskoczone. Wsłuchiwałem się w każdą nutę, lecz esencją tego wieczoru nie była tylko muzyka, ale to specyficzne grono ludzi patrzące przed siebie w czerwona kotarę. Pewna nić pasji muzycznej gdzieś poutykana między nami wyraźnie splątała nasze myśli. Wyjątkowy nastrój przerwał kolega obok mnie, który oznajmił swój żal, że to już koniec pierwszej kompozycji. Patrząc na mnie powiedział:
„ Żal, bo to najlepszy master of puppets, jakiego w życiu słyszałem”. Milczałem, starając się nie wnikać w wypowiedź sąsiada. Próbowałem tą chwile celebrować jak najdłużej.
Wieczór dobiegał końca, w palarni przy Sali trwały niekończące się muzyczne dysputy. Nad ranem poszedłem spać, a za mną dreszcz. Sen przyszedł szybko i bezboleśnie zamknął mi oczy a w uszach słyszałem szum gdzie znany mi dobrze głos śpiewał dźwięczny refren „master, master”.


Łukasz Banach

Odwiedza nas 82 gości oraz 0 użytkowników.

Odsłon artykułów:
458282